Weekend

Relax, it’s just Monday!

5525796675d75

Taka kolej rzeczy, że po weekendzie musi przyjść poniedziałek. Dla umilenia tego jakże trudnego dnia dla nas wszystkich, kilka newsów i linków z ostatniego tygodnia.

Kampania udowadniająca, że można czuć się zmysłowo nie tylko z figurą modelki Victoria’s Secret #ImNoAngel

Seksualność osób niepełnosprawnych to nadal temat tabu. Niezwykłe zdjęcia włoskiego fotografa Olivier Fermariello.

O współczesnym mętliku w głowie kobiety na temat jej ciała,  jak zawsze rewelacyjna Sylwia Chutnik.

Najbardziej psychodeliczny filmik edukacyjny na temat seksualności dla dzieci EVER. Oglądacie na własne ryzyko trwałego uszczerbku na zdrowiu.

Dla odmiany edukacja seksualna w Polsce czyli historia o glebie i siewcy.

Ten jeden rodzaj krwi, którego nigdy nie zobaczysz w mediach.

Chodzenie po górach nago, czyli powrót do natury. Muszę przyznać, że te wypchane plecaki i duże brzuchy prezentują się rozbrajająco.

Standardy piękna.

Standard
Ciało

O penisie

tumblr_mcchyoUJo41qza249o1_500

Skoro było już o jądrach, czas zająć się ich bezpośrednim przełożonym – penisem. Zakładając, że o waginach się nie rozmawia, mam wrażenie, że o penisach rozmawia się aż za dużo. Nie zmienia to jednak faktu, że oprócz głupich żartów lub przechwalania się co do wielkości, o penisach rzetelnie mówi się niewiele. A jeśli już, to w samych superlatywach. Rzeczywistość oczywiście jest inna. Penisy też mają problemy. Nie zawsze są one jednak wynikiem bezpośredniego odzwierciedlenia rzeczywistości. Czas powiedzieć to głośno, mężczyźni również mają kompleksy dotyczące wyglądu swoich narządów intymnych.

Mogłoby się wydawać, że Panowie mają przewagę w kwestii postrzegania własnych narządów płciowych. Z powodu oczywistych różnic anatomicznych, mają oni okazję o wiele częściej na drodze swojego życia widzieć narządy innych mężczyzn, niż kobiety waginy innych kobiet. Chociażby podczas wspólnego obsikiwania murku lub malowania wzorów na śniegu w ramach braterskiego przymierza. Chłopcom nie mówi się, że mają być skryci, skromni i kucać podczas sikania tak, by nikt nic nie widział. Nie mam na myśli biegania z gołym tyłkiem po lesie, ale zwrócenie uwagi na fakt, że mężczyźni na swoje narządy patrzą inaczej od samego początku swojego życia. Od pierwszych lat mają z penisem kontakt na co dzień. Dotykają go, trzymają podczas podstawowej czynności jak wcześniej wspomniane sikanie. To umożliwia im naturalne oswojenie się z tą częścią ich ciała.

Nie oznacza to jednak, że u wszystkich mężczyzn występuje totalna akceptacja i zadowolenie z wyglądu swojego penisa. Istnieje jeszcze druga strona medalu, która może prowadzić do kompleksów lub nawet do zaburzenia psychicznego zwanego dysmorfofobią (nadmierne zaabsorbowanie rzekomym defektem własnego wyglądu). Według autora książki „Boskie przyrodzenie. Historia penisa” Tom’a Hickman’a, której fragmenty będę w tekście przytaczać, „kwestia rozmiaru penisa jest zakorzeniona w męskim umyśle od wczesnego dzieciństwa”.

ROZMIAR PENISA. To temat, którym lubią zajmować się przeróżne media, od tabloidów po „poważne” serwisy informacyjne. Zewsząd atakuje nas nieustająca próba odpowiedzi na pytanie o to, czy rozmiar ma znaczenie. Co i rusz napotykam się na różne statystyki, średnie liczone w stanie spoczynku lub też we wzwodzie. Opanował nas kult mierzenia penisa i klasyfikowania go do odpowiedniej szufladki mały/przeciętny/duży/wybryk natury. Tak jakby satysfakcja seksualna mężczyzn i jego partnera/ki sprowadzała się do miarki lub linijki.

Postawmy sprawę jasno. Dopóki możliwa jest penetracja i nie mówimy tu o dość rzadko spotykanej przypadłości jaką jest mikropenis (najkrótszy zbadany członek przez Kinsey’a miał 2,5 cm), satysfakcja seksualna mężczyzny i jego partnera/ki będzie zależała tylko od wspólnej inwencji twórczej, a nie od rozmiaru członka. Jedno jest pewne, najgorsze co można sobie zrobić to zafiksować się na wielkości. Co więcej, biorąc pod uwagę, że aż 70% kobiet potrzebuje do osiągnięcia orgazmu dodatkowej stymulacji łechtaczki naprawdę nie ma co sobie wielkościami głowy zaprzątać. Oczywiście są osoby, które preferują bardziej okazałe członki, tak samo jak panowie, którzy eliminują potencjalne partnerki ze względu na małe piersi. Decyzja, jakie kryteria wybierzemy w doborze partnera zależy od każdego z osobna, gorzej jeśli rozmiar penisa lub piersi przysłania nam tę drugą osobę.

Dla tych, których moje argumenty nie przekonują, odniosę się do genitologii (forma wróżenia z genitaliów), według której duży penis wcale nie zapewnia szczęścia w życiu. Na przykład Tybetańczycy wierzyli, że „jeśli przy kucaniu członek dotyka pięty, życie jego właściciela będzie pełne smutku.” Natomiast Hindusi uważali, że „nadmiernie obdarzony mężczyzna będzie biedny, nie spłodzi synów.” Informacja do Panów hojnie obdarzonych – genitologia to bujda na resorach i nie należy się tym przejmować.

Powracając do nauki. Wielkość członka była tematem wielu badań, choć na wyniki większości z nich należy patrzeć z lekką dozą ostrożności, ponieważ w dużej mierze polegały one na samopomiarze lub podaniu subiektywnych danych przez właściciela. Próbę uśrednienia wielkości penisa podjął również Alfred Kinsey, z którym wiąże się zabawna anegdota. Pewnego dnia profesor przerwał swój wykład i spytał jedną ze studentek, który element ludzkiego ciała jest zdolny najbardziej się powiększyć w stosunku do swojej wielkości podstawowej, dziewczyna się zarumieniła. „Profesorze Kinsey, nie ma pan prawa mnie o to pytać” – odparła. Wykładowca powiedział: „Myślałem o oku, o źrenicy oka. A panią, młoda damo, czeka wielkie rozczarowanie”.

Do kociołka dorzucili swoje Masters i Johnson dowodząc, że im mniejszy członek, tym większy jest jego proporcjonalny wzrost w stanie wzwodu. Niewiele osób wie, że penis może w trakcie zwiotczenia być ledwie zauważalny, a w trakcie wzwodu jego rozmiar jest porównywalny z innymi, większymi penisami. Co więcej udowodnili, że rozmiar penisa nie ma związku z posturą mężczyzny, a tym bardziej z wielkością jego nosa, stóp czy rąk. Zwolennikom tej metody „prześwietlania” potencjalnego partnera polecam powrócić do akapitu o genitologii.

Niestety, badania pokazują, że bez względu na inteligencję, wykształcenie, pochodzenie kulturowe lub etniczne, rywalizacja o wielkość członka jest tak silna, że mężczyźni chcą znać szczegóły na temat penisów poprzednich partnerów kobiety. Większość mężczyzn wypełniających anonimowe ankiety na pytanie czy chcieliby coś zmienić w wyglądzie swojego penisa odpowiada, że owszem „chcieliby mieć większego”. Wywodzi się to z wielu uwarunkowań kulturowych i czynników antropologicznych. Jeżeli ktoś jest chętny zgłębić temat, odsyłam do „Boskie przyrodzenie…”. Nie można w tym miejscu nie wspomnieć, że to co wzmacnia rywalizację pomiędzy członkami i nasila kompleksy to filmy pornograficzne. Nie chodzi o to, żeby NIE OGLĄDAĆ, ale należy wziąć poprawkę, że członki tam „grające” są specjalnie do tej roli przygotowywane i poddawane różnym zabiegom. Od golenia włosów łonowych, by penis wyglądał na większego, stosowania pompek powiększających, po chirurgię plastyczną. Uświadamianie tego typu rzeczy, powinno wejść w stały element edukacji seksualnej. Ale to już zupełnie inny temat.

Dlatego kończąc już ten i tak przydługi wpis, dziewczyny i chłopaki pamiętajcie: to, że facet ma aparat z dużym obiektywem, nie oznacza, że jest fotografem. Potrzebne jest jeszcze zaangażowanie, pasja, cierpliwość i trochę techniki. A tego nie zapewni nawet największy sprzęt na świecie.

Standard
Ciało

Boska łechtaczka

BBQKRS_CYAEcGvP

Jeśli w łóżku nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o łechtaczkę.

Oczywiście w dużym uogólnieniu. Jednak coś jest na rzeczy, że ta część kobiecej anatomii jest traktowana po macoszemu. Prawie jak brzydsza i gorsza siostra Księżniczki Pochwy.

Jest to niesprawiedliwe. Dlatego dzisiaj staję w obronie łechtaczki, która tak naprawdę broni się sama, bo jest narządem niezwykłym. Gwarantuje Wam, że po tym tekście już nigdy nie spojrzycie na nią tak samo (jeśli uda Wam się ją dostrzec).

Założę się, że większość z Was nie wie jak duża jest ich łechtaczka. Tak naprawdę, część clitoris którą możemy zobaczyć gołym okiem to tylko czubek góry lodowej. Widoczna część ukryta pod wargami sromowymi to żołądź łechtaczki. (Tak kobiety również mają żołądź i to nie jedyne podobieństwo łechtaczki do penisa, ale o tym za chwilę.) Oprócz żołędzi łechtaczkę tworzy jeszcze trzon oraz odnogi, które odchodzą w kierunku ud i pochwy gdzie scalają ją ze spojeniem łonowym. By łatwiej to zobrazować pozwolicie, że posłużę się rysunkiem, voilà!:

clitoris

Całkiem imponujące, prawda? Oczywiście jak w przypadku całego naszego ciała, rozmiar łechtaczki zależy od indywidualnych predyspozycji, ale zazwyczaj żołądź łechtaczki nie jest większa niż paznokieć małego palca.

Jeżeli mózgiem mężczyzny miałby być jego penis, to mózgiem kobiety byłaby łechtaczka.

Penis w swej najbardziej wrażliwej części, czyli żołędzi, ma 4 000 zakończeń nerwowych. Bez wątpienia to dużo. Jeśli czytają to Panowie, sami mogą stwierdzić jaką wrażliwość na różnego typu bodźce ta część ich ciała posiada. Teraz uwaga, trzymajcie kapcie – kobieca łechtaczka ma wspomnianych zakończeń dwa razy więcej, czyli 8 000!!! Co czyni ją najbardziej czułym elementem kobiecego ciała. Przy niej nawet język czy opuszki palców wypadają blado.

Co więcej, wrażliwość łechtaczki na bodźce i w ogóle jej istnienie nie pełni żadnej innej funkcji w organizmie niż dawanie przyjemności. HOW COOL IS THAT?!

W związku z tak dużą wrażliwością, z łechtaczką należy obchodzić się ostrożnie i z należytym szacunkiem. Jest ona czuła do tego stopnia, że u niektórych kobiet jej bezpośrednia stymulacja może powodować ból i dyskomfort, a nie zapowiadaną rozkosz. W takiej sytuacji wyjściem jest wybranie mniej bezpośredniej formy stymulacji trzonu lub całego wzgórka łonowego.

Łechtaczka, podobnie jak penis, powiększa się. Dzieje się to za sprawą setki naczyń krwionośnych, które przenikają trzon oraz opuszki przedsionka. Pobudzone wypychają żołądź i pompują do niej krew. W ten sposób przekrwiona łechtaczka podwaja swój rozmiar. Erekcja łechtaczki nie jest jednak tak silna jak męskiego członka, bowiem zwiększa się jedynie jej ukrwienie, a nie odpływa z niej krew tworząc wzwód. Dzięki tej różnicy, łechtaczka nie tracąc na sile daje nam – kobietom, możliwość wielokrotnych orgazmów.

Dlaczego w takim razie ta część kobiecej anatomii była przez lata zaniedbywana i lekceważona? Dlaczego nadal istnieje przekonanie, że właściwy i jedyny prawdziwy orgazm to orgazm pochwowy, a łechtaczkowy to tylko miły dodatek? Dlaczego małym dziewczynkom opowiada się o ich waginach, nie wspominając słowem o łechtaczce? Na pewno pomógł nam w tym wujek Freud, który za swoich czasów określał orgazm łechtaczkowy jako infantylny, natomiast orgazm pochwowy mianował jedyną dojrzałą formą psychoseksualnego spełnienia kobiety. Choć ta teoria spotkała się z wielką krytyką, mam wrażenie, że zasiane ziarno wykiełkowało w całkiem spory baobab, którego skutki odczuwamy po dzień dzisiejszy.

Na temat różnicy – lub jej braku – pomiędzy orgazmem łechtaczkowym, pochwowym oraz innymi typami orgazmów skupię się w innym czasie. Muszę jednak powiedzieć to jasno i chciałabym, by ta wiadomość dotarła do każdej kobiety stąpającej po kuli ziemskiej:

To, że jesteś w stanie osiągnąć orgazm jedynie poprzez stymulację łechtaczki, nie czyni Cię inną, dziwną, wybrakowaną czy popsutą. To samo dotyczy kobiet, dla których łechtaczka równie dobrze mogłaby nie istnieć, bo nie sprawia im żadnej przyjemności, a satysfakcję seksualną uzyskują podczas stosunku pochwowego. Każde ciało jest inne, każde potrzebuje innej formy stymulacji. To co możemy zrobić, by mu w tym pomóc, to być dla niego cierpliwym i kochającym.

Standard