Ciało

O penisie

tumblr_mcchyoUJo41qza249o1_500

Skoro było już o jądrach, czas zająć się ich bezpośrednim przełożonym – penisem. Zakładając, że o waginach się nie rozmawia, mam wrażenie, że o penisach rozmawia się aż za dużo. Nie zmienia to jednak faktu, że oprócz głupich żartów lub przechwalania się co do wielkości, o penisach rzetelnie mówi się niewiele. A jeśli już, to w samych superlatywach. Rzeczywistość oczywiście jest inna. Penisy też mają problemy. Nie zawsze są one jednak wynikiem bezpośredniego odzwierciedlenia rzeczywistości. Czas powiedzieć to głośno, mężczyźni również mają kompleksy dotyczące wyglądu swoich narządów intymnych.

Mogłoby się wydawać, że Panowie mają przewagę w kwestii postrzegania własnych narządów płciowych. Z powodu oczywistych różnic anatomicznych, mają oni okazję o wiele częściej na drodze swojego życia widzieć narządy innych mężczyzn, niż kobiety waginy innych kobiet. Chociażby podczas wspólnego obsikiwania murku lub malowania wzorów na śniegu w ramach braterskiego przymierza. Chłopcom nie mówi się, że mają być skryci, skromni i kucać podczas sikania tak, by nikt nic nie widział. Nie mam na myśli biegania z gołym tyłkiem po lesie, ale zwrócenie uwagi na fakt, że mężczyźni na swoje narządy patrzą inaczej od samego początku swojego życia. Od pierwszych lat mają z penisem kontakt na co dzień. Dotykają go, trzymają podczas podstawowej czynności jak wcześniej wspomniane sikanie. To umożliwia im naturalne oswojenie się z tą częścią ich ciała.

Nie oznacza to jednak, że u wszystkich mężczyzn występuje totalna akceptacja i zadowolenie z wyglądu swojego penisa. Istnieje jeszcze druga strona medalu, która może prowadzić do kompleksów lub nawet do zaburzenia psychicznego zwanego dysmorfofobią (nadmierne zaabsorbowanie rzekomym defektem własnego wyglądu). Według autora książki „Boskie przyrodzenie. Historia penisa” Tom’a Hickman’a, której fragmenty będę w tekście przytaczać, „kwestia rozmiaru penisa jest zakorzeniona w męskim umyśle od wczesnego dzieciństwa”.

ROZMIAR PENISA. To temat, którym lubią zajmować się przeróżne media, od tabloidów po „poważne” serwisy informacyjne. Zewsząd atakuje nas nieustająca próba odpowiedzi na pytanie o to, czy rozmiar ma znaczenie. Co i rusz napotykam się na różne statystyki, średnie liczone w stanie spoczynku lub też we wzwodzie. Opanował nas kult mierzenia penisa i klasyfikowania go do odpowiedniej szufladki mały/przeciętny/duży/wybryk natury. Tak jakby satysfakcja seksualna mężczyzn i jego partnera/ki sprowadzała się do miarki lub linijki.

Postawmy sprawę jasno. Dopóki możliwa jest penetracja i nie mówimy tu o dość rzadko spotykanej przypadłości jaką jest mikropenis (najkrótszy zbadany członek przez Kinsey’a miał 2,5 cm), satysfakcja seksualna mężczyzny i jego partnera/ki będzie zależała tylko od wspólnej inwencji twórczej, a nie od rozmiaru członka. Jedno jest pewne, najgorsze co można sobie zrobić to zafiksować się na wielkości. Co więcej, biorąc pod uwagę, że aż 70% kobiet potrzebuje do osiągnięcia orgazmu dodatkowej stymulacji łechtaczki naprawdę nie ma co sobie wielkościami głowy zaprzątać. Oczywiście są osoby, które preferują bardziej okazałe członki, tak samo jak panowie, którzy eliminują potencjalne partnerki ze względu na małe piersi. Decyzja, jakie kryteria wybierzemy w doborze partnera zależy od każdego z osobna, gorzej jeśli rozmiar penisa lub piersi przysłania nam tę drugą osobę.

Dla tych, których moje argumenty nie przekonują, odniosę się do genitologii (forma wróżenia z genitaliów), według której duży penis wcale nie zapewnia szczęścia w życiu. Na przykład Tybetańczycy wierzyli, że „jeśli przy kucaniu członek dotyka pięty, życie jego właściciela będzie pełne smutku.” Natomiast Hindusi uważali, że „nadmiernie obdarzony mężczyzna będzie biedny, nie spłodzi synów.” Informacja do Panów hojnie obdarzonych – genitologia to bujda na resorach i nie należy się tym przejmować.

Powracając do nauki. Wielkość członka była tematem wielu badań, choć na wyniki większości z nich należy patrzeć z lekką dozą ostrożności, ponieważ w dużej mierze polegały one na samopomiarze lub podaniu subiektywnych danych przez właściciela. Próbę uśrednienia wielkości penisa podjął również Alfred Kinsey, z którym wiąże się zabawna anegdota. Pewnego dnia profesor przerwał swój wykład i spytał jedną ze studentek, który element ludzkiego ciała jest zdolny najbardziej się powiększyć w stosunku do swojej wielkości podstawowej, dziewczyna się zarumieniła. „Profesorze Kinsey, nie ma pan prawa mnie o to pytać” – odparła. Wykładowca powiedział: „Myślałem o oku, o źrenicy oka. A panią, młoda damo, czeka wielkie rozczarowanie”.

Do kociołka dorzucili swoje Masters i Johnson dowodząc, że im mniejszy członek, tym większy jest jego proporcjonalny wzrost w stanie wzwodu. Niewiele osób wie, że penis może w trakcie zwiotczenia być ledwie zauważalny, a w trakcie wzwodu jego rozmiar jest porównywalny z innymi, większymi penisami. Co więcej udowodnili, że rozmiar penisa nie ma związku z posturą mężczyzny, a tym bardziej z wielkością jego nosa, stóp czy rąk. Zwolennikom tej metody „prześwietlania” potencjalnego partnera polecam powrócić do akapitu o genitologii.

Niestety, badania pokazują, że bez względu na inteligencję, wykształcenie, pochodzenie kulturowe lub etniczne, rywalizacja o wielkość członka jest tak silna, że mężczyźni chcą znać szczegóły na temat penisów poprzednich partnerów kobiety. Większość mężczyzn wypełniających anonimowe ankiety na pytanie czy chcieliby coś zmienić w wyglądzie swojego penisa odpowiada, że owszem „chcieliby mieć większego”. Wywodzi się to z wielu uwarunkowań kulturowych i czynników antropologicznych. Jeżeli ktoś jest chętny zgłębić temat, odsyłam do „Boskie przyrodzenie…”. Nie można w tym miejscu nie wspomnieć, że to co wzmacnia rywalizację pomiędzy członkami i nasila kompleksy to filmy pornograficzne. Nie chodzi o to, żeby NIE OGLĄDAĆ, ale należy wziąć poprawkę, że członki tam „grające” są specjalnie do tej roli przygotowywane i poddawane różnym zabiegom. Od golenia włosów łonowych, by penis wyglądał na większego, stosowania pompek powiększających, po chirurgię plastyczną. Uświadamianie tego typu rzeczy, powinno wejść w stały element edukacji seksualnej. Ale to już zupełnie inny temat.

Dlatego kończąc już ten i tak przydługi wpis, dziewczyny i chłopaki pamiętajcie: to, że facet ma aparat z dużym obiektywem, nie oznacza, że jest fotografem. Potrzebne jest jeszcze zaangażowanie, pasja, cierpliwość i trochę techniki. A tego nie zapewni nawet największy sprzęt na świecie.

Standard
Ciało

Kobieca motywacja

IslBG

Żyjemy w czasach, w których przyznanie się, że nie uprawiamy sportu, nie chodzimy na fitness, jogę, nie ćwiczymy z Chodakowską lub nigdy nie przebiegliśmy maratonu wywołuje politowanie lub chociażby niezrozumienie na twarzach naszych słuchaczy. Wszyscy chcą być fit, szczególnie gdy uruchomi się sumienie podczas postanowień noworocznych. Prześcigamy się w coraz to bardziej wymyślnych dziedzinach sportu, koniecznie udostępniając szerszej publiczności nasze postępy. Żeby nie wprowadzić mylnego wyobrażenia wyjaśnię, że zawsze i wszędzie będę popierać jakkolwiek podyktowaną aktywność fizyczną. Dbając o nasze ciało, nawet jeśli chodzi tylko o poprawę wyglądu sylwetki, dbamy o nasze zdrowie. Motywacja do ćwiczeń jednak gdzieś zanika jeśli dotyczy mięśni ciała, których nie widać na plaży w opalizującym bikini. Mowa tu o mięśniach Kegla.

Niby każdy wie, o co chodzi, ale w sumie to nie do końca. Mięśnie Kegla to nic innego jak mięśnie dna miednicy (zwane również łonowo-guzicznymi), których główną funkcją jest podtrzymanie narządów wewnętrznych: pęcherza moczowego, macicy oraz odbytnicy. Mięśnie te, jak każde inne, gdy nie są używane wiotczeją. Ich osłabienie może być wynikiem porodu, zmian hormonalnych lub dojrzałego wieku kobiety. Choć nie będzie to nic przyjemnego, warto znać konsekwencje związane z zaniedbaniem tej części naszego ciała.

Słabe mięśnie Kegla mogą doprowadzić do wypadania narządów rodnych – nie, nie jest to opis sceny z filmu sci-fi klasy B – to się dzieje naprawdę. Do innych konsekwencji zaliczyć możemy problem nietrzymania moczu, którego temat coraz częściej zostaje poruszany w mediach. Ta niezwykle wstydliwa przypadłość, dotyka bowiem coraz więcej kobiet. Poszukiwanie pomocy zaczyna się dopiero wtedy, gdy każde wyjście z domu, a tym samym napotkanie krępującej sytuacji, wiąże się z ogromnym lękiem. Niestety, te same kobiety, które są matkami córek, nie edukują ich jak zapobiec tej sytuacji. Dlatego apeluję – kobiety i dziewczyny – ćwiczcie swoje mięśnie Kegla i przekazujcie tę informację dalej. Wasza starsza wersja na pewno Wam kiedyś za to podziękuje. Co więcej, silne mięśnie Kegla równa się lepsze unerwienie pochwy i lepsze orgazmy. Dzięki nim będziecie mogły cieszyć się satysfakcjonującym życiem seksualnym nawet w dojrzałym wieku.

Dodatkowo, Wasz partner też Wam podziękuje. Jeśli nie spotkaliście się nigdy z określeniem „pocałunek singapurski” już śpieszę z pomocą. Jest to określenie na jedną z najbardziej zaawansowanych technik ars amandi. Polega ona na doprowadzeniu partnera do orgazmu bez ruchów frykcyjnych, jedynie za pomocą pracy mięśni dna miednicy. Kobieta, która osiągnęła do perfekcji tę sztukę, jest w stanie za pomocą zaciskania, pulsowania, a nawet skręcania mięśni pochwy doprowadzić członek do ejakulacji. Technika w Europie znana również jako „pompoir”, która pierwotnie wywodzi się z Indii, jest podobno jedną z najdroższych usług seksualnych, a Panowie są w stanie przebyć wiele tysięcy kilometrów, by z niej skorzystać.

W tym miejscu muszę jednak nieco ostudzić Wasz entuzjazm, szczególnie jeśli czytają to Panowie. Przywołuję ten przykład, nie dlatego, by każda z Was z dnia na dzień stała się mistrzynią tej techniki, ale by pokazać miłe skutki uboczne ćwiczenia tej partii mięśni. Kobiety, które zarabiają jako boginie „pocałunku singapurskiego” często są do tego przygotowywane przez całe swoje życie.

Jak zlokalizować mięśnie Kegla? By skutecznie odseparować je od mięśni pośladków czy ud (nie o te mięśnie przecież nam chodzi) najlepiej zastosować metodę dwóch palców. Jeśli po włożeniu palców do pochwy i zaciśnięciu mięśni, nie odczuwamy żadnego ucisku, czas wziąć się ostro do roboty. Innym sposobem jest zaciśnięcie mięśni podczas oddawania moczu, zatrzymując jego strumień. Absolutnie ostrzegam: nie jest to metoda ćwiczeń mięśni Kegla. Częste zatrzymywanie moczu w ten sposób, może doprowadzić nas jedynie do zapalenia cewki moczowej. Technikę można wykorzystać jednorazowo, jeśli mamy problem z lokalizacją naszych mięśni Kegla.

Kiedy już wiemy gdzie się znajdują, czas przejść do ćwiczeń. Tutaj obowiązuje ta sama żelazna zasada co przy wszystkich ćwiczeniach – systematyczność. Na nic nasze starania jeśli raz na miesiąc wykonamy 100 spięć i na tym koniec. W ten sposób, co najwyżej możemy mięśnie przeforsować. Jak zacząć? Stopniowo, od kilku spięć mięśni dziennie, kolejno zwiększając ich liczbę. W internecie znajdziecie nawet całe plany treningowe, które ułatwią Wam usystematyzowanie pracy nad mięśniami Kegla.

Jeśli z góry wiecie, że ciężko będzie Wam zmobilizować się do sumiennego wykonywania ćwiczeń, bardzo dobrym rozwiązaniem jest zaopatrzenie się w kulki gejszy. Ich fenomen polega na schowanej wewnątrz większej kulki małej kuleczki, która podczas ruchu uderza o jej wewnętrzne ścianki wywołując mimowolne skurcze mięśni pochwy. Ten mechanizm sprawia, że nasze mięśnie ćwiczą niemalże same, a jeśli spotęgujemy je dodatkowymi, już kontrolowanymi spięciami mięśni, nie będziemy musiały długo czekać na pierwsze efekty.

Na rynku jest bardzo szeroka oferta przeróżnych kulek, począwszy od wielkości, materiału, z którego są wykonane, po kolory i kształty. Można się w tym wszystkim zagubić, dlatego spisałam krótką listę najważniejszych rzeczy, o których należy pamiętać przy wyborze idealnych kulek:

1. Ta zasada dotyczy wszystkich akcesoriów erotycznych – muszą być wykonane z najwyższej jakości materiałów, najlepiej silikonu medycznego.

2. Niestety w tym przypadku cena idzie w parze z jakością, dlatego odradzam zakup kulek gejszy za 30 zł niewiadomego pochodzenia. Może skończyć się to uczuleniem lub podrażnieniem.

3. Wielkość kulek dobieramy biorąc pod uwagę wielkość pochwy, fakt czy mamy za sobą poród oraz stan naszych mięśni Kegla. Pomocny poradnik znajdziecie tutaj: http://bit.ly/1EnKdy1

4. Należy zwrócić uwagę, czy sznureczek kulek jest wykonany z tego samego materiału co kulka, czyli jest jej przedłużeniem. Radzę wystrzegać się kulek, które mają „materiałowe” sznureczki są one siedliskiem bakterii i ciężko utrzymać je w czystości.

5. Zawsze, ale to zawsze aplikując kulki (i jakikolwiek gadżet erotyczny) niezbędne jest nawilżenie lubrykantem na bazie wody.

6. Pojedyncze, podwójne, a może progresywne? Odpowiedź na to pytanie również znajdziecie w powyższym linku. Od siebie dodam tylko, że jeśli dopiero zaczynacie swoją przygodę z kulkami najlepiej będzie zacząć od pojedynczej, większej kulki, która nie jest zbyt ciężka.

ulepszone-teneo-uno-czarny-1566 twinny-balls-1516-b

Kulki podwójne są kolejnym etapem wtajemniczenia, gdy pojedyncza kulka przestanie nam wystarczać, ze względu na znaczne zwiększenie siły naszych mięśni.

kulki-waginalne-luna-mini-842-b ulepszone-teneo-duo-czerwone-1576

Idealnym rozwiązaniem, jeśli planujemy sumienne ćwiczenie mięśni Kegla jest zaopatrzenie się w zestaw kulek progresywnych. Im większa kulka, tym łatwiej jest ją utrzymać w pochwie, dlatego trening rozpoczynamy od kulki największej, stopniowo przechodząc do coraz mniejszej, a tym samym najcięższej.

ami-rozowy-1507 ami-rozowy-1509-b

Na koniec najczęściej spotykany mit. Stosowanie kulek gejszy nie gwarantuje przeniesienia na orgazmiczną orbitę. Rzeczywiście spotkałam się z kobietami, które osiągały orgazm podczas ich noszenia, jednak zdarza się to bardzo niewielu z nich. Kulki gejszy mogą zwiększyć wrażliwość pochwy, poprawić jakość seksu, ale nie to jest ich głównym zadaniem. Inwestując w kulki gejszy, inwestujecie w swoje zdrowie, tak samo jak kupując karnet na siłownię czy basen. Czy z nich skorzystacie, zależy tylko od Was. O tym, że warto, mam nadzieję już wiecie!

Standard
Ciało

Boska łechtaczka

BBQKRS_CYAEcGvP

Jeśli w łóżku nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o łechtaczkę.

Oczywiście w dużym uogólnieniu. Jednak coś jest na rzeczy, że ta część kobiecej anatomii jest traktowana po macoszemu. Prawie jak brzydsza i gorsza siostra Księżniczki Pochwy.

Jest to niesprawiedliwe. Dlatego dzisiaj staję w obronie łechtaczki, która tak naprawdę broni się sama, bo jest narządem niezwykłym. Gwarantuje Wam, że po tym tekście już nigdy nie spojrzycie na nią tak samo (jeśli uda Wam się ją dostrzec).

Założę się, że większość z Was nie wie jak duża jest ich łechtaczka. Tak naprawdę, część clitoris którą możemy zobaczyć gołym okiem to tylko czubek góry lodowej. Widoczna część ukryta pod wargami sromowymi to żołądź łechtaczki. (Tak kobiety również mają żołądź i to nie jedyne podobieństwo łechtaczki do penisa, ale o tym za chwilę.) Oprócz żołędzi łechtaczkę tworzy jeszcze trzon oraz odnogi, które odchodzą w kierunku ud i pochwy gdzie scalają ją ze spojeniem łonowym. By łatwiej to zobrazować pozwolicie, że posłużę się rysunkiem, voilà!:

clitoris

Całkiem imponujące, prawda? Oczywiście jak w przypadku całego naszego ciała, rozmiar łechtaczki zależy od indywidualnych predyspozycji, ale zazwyczaj żołądź łechtaczki nie jest większa niż paznokieć małego palca.

Jeżeli mózgiem mężczyzny miałby być jego penis, to mózgiem kobiety byłaby łechtaczka.

Penis w swej najbardziej wrażliwej części, czyli żołędzi, ma 4 000 zakończeń nerwowych. Bez wątpienia to dużo. Jeśli czytają to Panowie, sami mogą stwierdzić jaką wrażliwość na różnego typu bodźce ta część ich ciała posiada. Teraz uwaga, trzymajcie kapcie – kobieca łechtaczka ma wspomnianych zakończeń dwa razy więcej, czyli 8 000!!! Co czyni ją najbardziej czułym elementem kobiecego ciała. Przy niej nawet język czy opuszki palców wypadają blado.

Co więcej, wrażliwość łechtaczki na bodźce i w ogóle jej istnienie nie pełni żadnej innej funkcji w organizmie niż dawanie przyjemności. HOW COOL IS THAT?!

W związku z tak dużą wrażliwością, z łechtaczką należy obchodzić się ostrożnie i z należytym szacunkiem. Jest ona czuła do tego stopnia, że u niektórych kobiet jej bezpośrednia stymulacja może powodować ból i dyskomfort, a nie zapowiadaną rozkosz. W takiej sytuacji wyjściem jest wybranie mniej bezpośredniej formy stymulacji trzonu lub całego wzgórka łonowego.

Łechtaczka, podobnie jak penis, powiększa się. Dzieje się to za sprawą setki naczyń krwionośnych, które przenikają trzon oraz opuszki przedsionka. Pobudzone wypychają żołądź i pompują do niej krew. W ten sposób przekrwiona łechtaczka podwaja swój rozmiar. Erekcja łechtaczki nie jest jednak tak silna jak męskiego członka, bowiem zwiększa się jedynie jej ukrwienie, a nie odpływa z niej krew tworząc wzwód. Dzięki tej różnicy, łechtaczka nie tracąc na sile daje nam – kobietom, możliwość wielokrotnych orgazmów.

Dlaczego w takim razie ta część kobiecej anatomii była przez lata zaniedbywana i lekceważona? Dlaczego nadal istnieje przekonanie, że właściwy i jedyny prawdziwy orgazm to orgazm pochwowy, a łechtaczkowy to tylko miły dodatek? Dlaczego małym dziewczynkom opowiada się o ich waginach, nie wspominając słowem o łechtaczce? Na pewno pomógł nam w tym wujek Freud, który za swoich czasów określał orgazm łechtaczkowy jako infantylny, natomiast orgazm pochwowy mianował jedyną dojrzałą formą psychoseksualnego spełnienia kobiety. Choć ta teoria spotkała się z wielką krytyką, mam wrażenie, że zasiane ziarno wykiełkowało w całkiem spory baobab, którego skutki odczuwamy po dzień dzisiejszy.

Na temat różnicy – lub jej braku – pomiędzy orgazmem łechtaczkowym, pochwowym oraz innymi typami orgazmów skupię się w innym czasie. Muszę jednak powiedzieć to jasno i chciałabym, by ta wiadomość dotarła do każdej kobiety stąpającej po kuli ziemskiej:

To, że jesteś w stanie osiągnąć orgazm jedynie poprzez stymulację łechtaczki, nie czyni Cię inną, dziwną, wybrakowaną czy popsutą. To samo dotyczy kobiet, dla których łechtaczka równie dobrze mogłaby nie istnieć, bo nie sprawia im żadnej przyjemności, a satysfakcję seksualną uzyskują podczas stosunku pochwowego. Każde ciało jest inne, każde potrzebuje innej formy stymulacji. To co możemy zrobić, by mu w tym pomóc, to być dla niego cierpliwym i kochającym.

Standard
Ciało

O pięknie

Bez tytułu2

Czy wiesz jak wygląda Twoja wagina? To pytanie całkiem serio. I nie satysfakcjonuje mnie odpowiedź: oczywiście, że wiem jak wygląda, żyje z nią przez tyle lat. Nie przesadzam, naprawdę są kobiety, które swojej waginy nie widziały z innej perspektywy niż przy wykonywaniu podstawowych zabiegów higienicznych czy pielęgnacyjnych. Co więcej, dla niektórych sama forma „zajrzenia” w tę stronę już okazuje się wstydliwa.

No bo jak to zrobić? W przeciwieństwie do mężczyzn, którzy (wybaczcie) mają wywalone wszystko na wierzch i od dzieciństwa mają bezpośredni kontakt ze swoim penisem, chociażby po to żeby się wysiusiać, nasza anatomia jest jednak bardziej skomplikowana i ukryta. Bez przyjęcia fikuśnej pozycji i ważnego rekwizytu, jakim jest lusterko się nie obędzie. Na samą myśl czujesz się głupio?

Dlaczego kobiety boją się tam zerkać? Niestety, wiele kobiet uważa, że ich narządy płciowe są po prostu brzydkie. W czasach, gdzie z męskich pism czy filmów porno uśmiechają się do nas cycate blondynki, których waginy raczej przypominają narządy płciowe 10-latki, a nie dorosłej kobiety – nasz miernik piękna trochę się zaburzył. To nic, że większość z nich miała wykonany zabieg labioplastyki, bo kobiety nie zdają sobie z tego sprawy. Nie mają zielonego pojęcia, bo i też nie mają takiej okazji, jak wyglądają waginy innych kobiet.

Żyjemy w kulturze wstydu, gdzie nagość – ta naturalna, nie poprawiona w photoshopie, nie istnieje lub jest uważana za coś brzydkiego i obrzydliwego. Przekłada się to niestety na zaburzony obraz naszego ciała i myślenia o naszych waginach. Skoro moja nie wygląda tak jak z obrazka, a innej nigdy nie widziałam, to oznacza, ze coś jest ze mną nie tak. Na forach internetowych, pod anonimowymi podpisami można spotkać zaniepokojone kobiety, młode dziewczyny czy nastolatki z jednym i tym samym pytaniem: Czy jestem normalna?

TAAAAK! To w większości mam ochotę wykrzyczeć bardzo głośno, tak by przeszło przez mój ekran komputera i dotarło do tej biednej dziewczyny, która zagubiła lub nigdy nie odnalazła swojej pewności siebie ze względu na wygląd swojej waginy. Jesteś normalna.

Czas zatem rozprawić się z tym raz, a dobrze. Jak wagina powinna wyglądać? Małe przypomnienie z kobiecej anatomii. Tak wyglądają (w teorii) narządy płciowe kobiety:

femalepelvisflat-2

A teraz kilka ważnych kwestii. Tak, zdecydowanie na wargach sromowych większych oraz wzgórku łonowym rosną włosy. Może być ich więcej lub mniej – naturalne predyspozycje. To, że wargi sromowe zostały podzielone na mniejsze i większe, wcale nie oznacza, że mniejsze nie mogą wystawać poza większe. Co więcej, zdarza się to bardzo często. Wargi sromowe mniejsze mogą być nie tylko różnej wielkości, ale często są niesymetryczne i w nieregularnym kształcie. To chyba najczęstsza przyczyna kompleksów związanych z miejscem intymnym. Przez niektóre kobiety znienawidzone nazywane „falbankami” przez inne porównywane do „kwiatka” czy „motylka”. Wagina może być różnego koloru. Nie mam na myśli koloru zielonego, ale przyjmuje różne odcienie czerwieni czy różu.

Jak polubić swoją waginę? Po pierwsze zaakceptować fakt, że jesteśmy różne. Tak samo jak różnią się rozmiary i kształty naszych piersi tak różnią się nasze narządy płciowe. Po drugie, dokładnie ją obejrzeć. Podobnie jak z nazwą, nie da się w pełni czerpać przyjemności z seksu i być pogodzonym ze swoją seksualnością jeśli nie wiemy jak wyglądamy i nie polubimy swojej waginy.

Żeby nie być gołosłowną, co do różnorodności wyglądu kobiecych narządów, chciałam Wam przedstawić 3 projekty artystyczne, dzięki którym same się o tym przekonacie. Mam nadzieję.

Pierwszy, bo stworzony przez mężczyznę. Jamie McCartney, to brytyjski artysta, który zrobił odlewy ponad 400 wagin! W projekcie wzięły udział kobiety w wieku od 18 do 76 lat. Po zestawieniu odlewów powstała 9 metrowa The Great Wall of Vagina, która została wystawiona w różnych galeriach na świecie.

4

Drugi, to projekt duńskich studentek z Akademii Designu, które postawiły na uczelni cipkomat. Co to takiego? Budka z aparatem, który robił kobietom zdjęcie od dołu, czyli ich miejsc intymnych. Ponad 200 Dunek ustawiło się w kolejce do zrobienia tego jednego jedynego zdjęcia. Dzięki nim, dziś mamy okazję oglądać owoce tego projektu jakimi są naturalistyczne zdjęcia przeróżnych wagin. Gdy pokazuje je kobietom na warsztatach widzę zniesmaczenie i konsternacje. Ok, przyznaję, może te zdjęcia nie są za piękne, ale jest to też dobra okazja na zderzenie się z rzeczywistością. Bez dodatkowych lamp i retuszu. Zdjęcia możecie obejrzeć tutaj. Polecam również ciekawy artykuł o cipkomatach.

Ostatni, na pewno przyjemniejszy dla oka – Pussy Portraits. To zbiór zdjęć, w którym żadna z wagin nie jest anonimowa – obok jej zdjęcia znajduje się twarz właścicielki. W piękny i estetyczny sposób przedstawiona różnorodność kobiecych narządów, które przecież nie są nijakie i takie same, tak samo jak twarze – każda jest unikatowa i jedyna w swoim rodzaju. Za to wszystkie tak samo piękne.

1

2

3

4

5

Standard
Ciało

Jak „to” nazwać?

Yuky Lutz

Jakie jest Wasze ulubione słowo na kobiece narządy płciowe? – Cisza. Po zachęcie może jedna lub dwie osoby zajmują nieśmiało głos. – No dobrze… A czy są takie, które zdecydowanie Wam się nie podobają? – Ciszy ustępuje potok słów złożony z określeń przez kobiety znienawidzonych, śmiesznych, infantylnych, czy po prostu wulgarnych.

Tak zazwyczaj zaczynają się warsztaty seksualne dla kobiet, które prowadzę. I niech nikt nie próbuje mi wmówić, że to nie jest problem, kiedy na jedną z najbardziej istotnych części naszego ciała same mówimy „to”, „tam”, „tam na dole” lub słowa zastępuje wymowne chrząknięcie.

Z czego to wynika? Po pierwsze, język polski nie jest zbyt łaskawy jeśli chodzi o nazewnictwo naszych miejsc intymnych. Spektrum sięga od określeń bardzo medycznych jak pochwa lub srom, przez infantylne, którymi karmią nas w dzieciństwie – myszka, muszelka, zosia, po wulgarne jak cipa, dziura, picza, locha. Nie mówiąc już o najgorszym z najgorszych (według mojego osobistego rankingu) – pizda. Można by przez chwilę pomyśleć, że jest w czym wybierać. Mhm… wystarczy spojrzeć na miny kobiet, gdy je wypowiadają.

Po drugie, duży wpływ miały uwarunkowania kulturowo-historyczne, dzięki którym wagina została zepchnięta do lamusa na rzecz kultu fallusa. Te działania skutecznie uśpiły naszą seksualność, a co tu dopiero mówić o zajmowaniu się tak błahymi sprawami jak nazwa narządów płciowych kobiety.

Niestety smutną prawdą jest, że o wiele większą swobodę w nazywaniu kobiecych narządów mają mężczyźni niż my same. Z tego powodu często przyjmujemy nazwę naszej waginy, którą posługuje się partner. Nie ma w tym nic złego. Każda para tworzy swój swoisty język, który dotyczy nie tylko sfery seksualnej, ale ogólnie naszego codziennego życia. Ale co jeśli partnera nie ma lub się zmienia? Dlaczego nie wynika to z naszej własnej potrzeby nazwania „czegoś”, co nie tylko jest naszym głównym źródłem przyjemności, ale jest zdolne do rzeczy niezwykłych jak wydawanie na świat potomstwa?

Dlaczego to ważne? Po co w ogóle TO nazywać? Bo to co nie nazwane, na zawsze pozostanie nam obce. Jeśli mamy dobrze czuć się ze swoją seksualnością, nie możemy lekceważyć źródła, z którego ta seksualność się wywodzi, ma swój początek i koniec. Jeśli ręka to ręka, a głowa to głowa, niech TO miejsce też ma swoją nazwę.

Jaką? To zależy tylko i wyłącznie od Ciebie. Może być bardzo osobista, wspólna z najbliższą osobą lub ogólnodostępna jak wagina czy łono. A może bardziej mistyczna i nawiązująca do czasów, gdy joni była symbolem bogini, źródła życia i całego wszechświata? Najważniejsze, byś czuła się swobodnie wypowiadając ją.

A Ty jakie lubisz określenie na TO miejsce? Poważnie, oczekuję odpowiedzi! W końcu komentarze są anonimowe.

Standard